Zapewne część z Was już słyszała, że wkrótce na ekranach kin pojawi się film Camino dla opornych? Tak się składa, że udało mi się go obejrzeć jeszcze przed oficjalną premierą, dzięki polskiemu dystrybutorowi – Rafael Film. Jeśli zastanawiacie się, czy obraz ma związek z prawdziwym Camino i czy warto wybrać się do kina, to być może znajdziecie poniżej podpowiedź.
O CZYM JEST TEN FILM?
Trzeba zacząć od tego, że nie jest to film o samym Camino. Szlak odgrywa tu rolę drugo-, a wręcz trzecioplanową. Co więcej, akcja nie rozgrywa się na jednej trasie. Kadry z różnych odcinków – od wschodu po zachód Hiszpanii, a także z samej Francji – przeplatają się niczym pomieszane zdjęcia z wakacji, wyciągnięte z pudełka wspomnień.
Pojawia się tu również sporo błędów merytorycznych dotyczących pokonywanych odległości czy czasu trwania wyprawy. Nie zdradzając szczegółów fabuły, trzeba uczciwie zaznaczyć, że zaprawionych w caminowym znoju pielgrzymów może to irytować. Uprzedzam więc: idąc do kina, warto wziąć na to poprawkę. Na ten obraz nie można patrzeć przez pryzmat geografii czy matematyki.
Jako filtr do odbioru filmu niech posłuży myśl św. Augustyna z Hippony:
„Oto ludzie wędrują, aby podziwiać szczyty gór, spiętrzone fale morza, szeroko rozlane rzeki, Ocean otaczający ziemię, obroty gwiazd. A siebie samych omijają, siebie nie podziwiają.”
Jeśli zatem skupimy uwagę na samych postaciach, otrzymamy obraz paradoksalnie spójny i autentyczny. Co istotne, ta opowieść wyrasta z doświadczeń ludzi, których – kto wie? – być może tylko minęliśmy ale równie dobrze mogliśmy spotkać na własnej drodze do Santiago. Dlaczego? Bo tak naprawdę ani droga, ani cel nie są najważniejsze na camino.
Ten film opowiada o przeżyciach autentycznych osób, które wzięły udział w projekcie Marche de rupture („Marsz Przemiany”) – francuskiej inicjatywie resocjalizacji i terapii poprzez Camino, prowadzonej przez stowarzyszenie Seuil. To właśnie postacie głównych bohaterów stają się soczewkami, przez które zagłębiamy się w opowieść o człowieku, relacjach i drodze ku nowemu życiu.
Frédérique – dyscyplinarnie zwolniona nauczycielka, która nie potrafi pogodzić się z rozpadem małżeństwa – oraz Adam, mówiąc wprost, wyrzutek społeczny i przyszły stały bywalec zakładów karnych. We dwoje wyruszają razem do Santiago de Compostela. Ciężko powiedzieć, że robią to z własnej inicjatywy. Bardziej zmuszają ich do tego okoliczności i decyzje innych osób. Co ważne, ostatecznie podejmują jednak zaproponowane wyzwanie dobrowolnie, choć nie są w stanie przewidzieć jego konsekwencji.
Przedstawiony w filmie splot wydarzeń oraz relacje między bohaterami wydają się w tym kontekście niezwykle realistyczne. To, że podobne historie mogłyby wydarzyć się właśnie na Camino, wcale mnie nie dziwi. Piszę to z perspektywy przebytych kilku tysięcy kilometrów i własnych, często irracjonalnych spotkań na drodze.
Camino dla opornych, podobnie jak Dzika droga czy Sokół z masłem orzechowym, zachęca do podjęcia wyzwania, jakim jest droga stająca się pielgrzymką w głąb siebie. To wędrówka niełatwa – łącząca w sobie pokutę, terapię i ucieczkę od codziennych problemów.
CO MNIE UJĘŁO?
Figura Matki Bożej – dosłownie i w przenośni – subtelnie przeplatająca się z perypetiami bohaterów.
DLA KOGO TEN FILM?
Na pewno nie dla tych, którzy nastawiają się na seans typowo wspominkowy – tacy widzowie z pewnością odczują ogromny niedosyt. Pozostali, nawet jeśli dostrzegą pewne mankamenty, nie powinni wyjść z kina zawiedzeni.
Z perspektywy czasu uważam, że największą zaletą tego filmu jest przestrzeń, którą pozostawia widzowi: miejsce na refleksję nad własnymi relacjami i drogą, którą każdy z nas podąża – albo w którą dopiero musisz wyruszyć.
Na to pytanie można przytoczyć dziesiątki potwierdzających odpowiedzi. Każda z nich zapewne niesie swoją wartość emocjonalną tudzież empiryczną. Niemniej biorąc pod uwagę wiele rozmów, które odbyłem w tym kontekście teraz się zastanawiam ile osób znalazło w moich doświadczeniach odpowiedź na to pytanie, a ile z nich po prostu poczuło powołanie do wędrówki płynące zupełnie niezależnie od tego co im opowiadam?
Nie będę przytaczał argumentów czemu? dlaczego? po co? Niemniej nie zostawię Cię bez podpowiedzi. Poniżej znajdziesz kazanie Kamila Deryło OP, wygłoszone zaraz po powrocie z OncoCamino, podczas którego był duszpasterzem.
I każdy z nas podejmuje tę decyzję: kiedy idzie i czy w ogóle idzie. Czy dalej siedzi w tej komorze, w tych ciemnościach, i czeka. Bez wyjścia nasz los się nie zmieni. Dlatego zapraszam Was do tego, żebyście poszukali w swoim życiu żółtych strzałek i za nimi poszli.
[Kazanie z dnia 7.06.2026, autor Kamil Deryło OP]
Jeżeli chcesz do nas dołączyć napisz do nas, to właśnie trwają zapisy na wrześniowe pielgrzymki. Jesteś osobą niewidomą lub słabowidzącą, to możesz wyruszyć na szlak razem z nami. My nie widzimy przeszkód!
Otwieramy zapisy na dwie kolejny wyprawy szlakiem Camino Inglés do Santiago de Compostela dla osób niewidomych i słabowidzących. Jeśli marzyłeś, ale mówiłeś, to nie dla mnie, sam nie dam rady! To teraz nie masz już wymówki! Tym bardziej, jak przeczytasz poniższy tekst Konrada. Który z jednej strony jest koordynatorem merytorycznym projektu, a z drugiej stał się pielgrzymem,który w kwietniu w ramach grupy pionierów dotarł do Santiago de Comspotela.
Uwolnij się od siebie.
Kiedy uwalniamy serce z ran? Wtedy, gdy przestajemy w nich grzebać, żyć nimi, obwiniać innych, siebie, czy Boga. Za zło, za biedę w naszym życiu.
A przecież każdy jakąś ma. Tylko inną, jedni chorobę, inni niepełnosprawność, a jeszcze inni niespełnione marzenia albo brak zauważenia.
Każdy ma jakieś wyobrażenia siebie i świata, które się nie wypełniły i się nigdy nie wypełnią. Tak samo, jak każdy ma takie, które tylko częściowo się realizują.
Mnie skutecznie uwolniło Camino. Czemu ono tak działa – nie mam pojęcia, coś się w człowieku zmienia. W pewnym momencie opadają wyobrażenia, sam cel zaś się oczyszcza i już myślisz, by tylko dojść. Byle jak, ale dojść.
Powiesz – to nie dla mnie, ja na pielgrzymki nie chodzę. Okazuje się jednak, że około 20% pielgrzymów idzie z powodów niezwiązanych z wyznaniem, czy religią, a samo Camino ma zupełnie inny charakter niż znane nam pielgrzymki z Polski.
A może powiesz – gdybym był młodszy, to może. Tutaj znowu – średnia pomiędzy 40 a 50 lat, a i chodzą ludzie powyżej 60-tki – spotkaliśmy takich 🙂
Część osób idzie ze swojego domu, część tylko po trasach w kraju, a zdecydowana większość wybiera szlaki ruszające z Hiszpanii, Portugalii, a nawet Francji.
Tak więc każdy coś dla siebie znajdzie 😎
Wstań! Weź swoje łoże i chodź.
Spraw, że to Ty będziesz nosić swoje łoże, a nie ono Ciebie…
[Konrad Galiński]
Jeśli jesteś osobą słabowidzącą lub niewidomą i czujesz, że wzywa Cię droga, to możesz wyruszyć razem z nami. W jednym z następujących terminów:
1. termin: 8-16.09.2026
2. termin: 21.-29.09.2026
Najważniejszą częścią wyprawy będzie oczywiście przejście camino. W ramach, którego w 5 dni przejdziemy 110 km.
Oprócz tego zwiedzimy dwa miasta Ferrol oraz Santiago de Compostela. Wycieczki odbędą się z przewodnikami i będą dostosowane do potrzeb osób niewidomych i słabowidzących.
Na trasie zapewniamy ciche wsparcie asystentów, którzy umożliwią Ci jak najbardziej samodzielne przejście szlaku.
W grupie przewidziany jest udział księdza, aby osoby wierzące mogły skorzystać z jego posługi. Jednak pamiętaj, że Camino otwarte jest dla każdego – niezależnie od konfesji czy wiary.
A oprócz tego będzie okazja spróbować obłędnego hiszpańskiego jedzenie, wina i… sernika.
Dotkniesz zabytki i artefakty, które na co dzień są niedostępne dla zwiedzających.
„Nie do nas należy wybór czasu, w którym żyjemy. Możemy tylko zdecydować, co zrobić z czasem, który nam dano.”
(Gandalf, Władca Pierścieni)
Wyruszyliśmy w kolejną trasę, z kolejną misją pokazania camino tym, którzy marzą, potrzebują, chcą, ale troszkę się obawiają |niepotrzebne skreślić|. Wyruszyliśmy, choć sama wyprawa miesiąc przed terminem zawisła na organizacyjnym włosku. Jednak dzięki niezłomności dziewczyn termin został utrzymany, a projekt dopięty na ostatni guzik. To jest piękno i esencja camino, które sam jako koordynator projektu poczułem na własnej skórze. Dla mnie osobiście był to najważniejszy dzień OncoCamion. I nie ma co się dziwić, bo przypadł mi zaszczyt poprowadzenia do Santiago grupy wojowniczek. Wojowniczek, które choć nie noszą tarcz, ani nie mają mieczy przytroczonych u pasa, to odbyły niejedną bitwę z przeciwnikiem ukrytym i podstępnym – z nowotworem.
Tak więc tym razem kroczyliśmy szlakiem portugalskim, wychodząc z Sabarís, tuż za Baioną, skąd powędrowaliśmy na północ ku Santiago. Po drodze mijając piękne Vigo i legendarne Padron, do którego miała przybić barka z ciałem św. Jakuba. Wędrowaliśmy szlakiem skąpanym w słońcu, niekiedy zacienionym puchatymi pasmami chmur. I tak wędrowaliśmy prawie 130 km przez plaże, miasta i leśne wertepy. Droga choć może nie była wymagająca fizycznie, to na pewno była przepojona trudem wyzwania, bo nawet najwytrwalsi wojownicy potrzebują chwili aby móc powiedzieć sobie “dziś odpuszczam, dziś nie muszę walczyć”. Ale tak jak w przypadku camino z niewidomymi, to popatrzmy na szlak oczami naszych pielgrzymów. [Mateusz]
Czy osoby w trakcie leczenia lub po leczeniu onkologicznym mogą żyć pełnią życia?
Diagnoza raka brzmi jak wyrok śmierci. Rak ma zdecydowanie zły PR. Okazuje się, że po leczeniu, a nawet w trakcie, można żyć lepiej, oddychać pełną piersią, doświadczać miłości Boga w każdej chwili.
Szczególnie tak się czułam w trakcie Pokaż mi Camino z grupą dziewczyn onkologicznych. Pochodzimy z różnych stron Polski, większość z nas się nie znała wcześniej, a mimo to, może dzięki doświadczeniu choroby, czułyśmy się jak w gronie najlepszych przyjaciół. Nasze przejścia nie zdominowały tego czasu, choć na pewno były punktem wyjścia do wielu głębokich rozmów, podczas których tak dużo śmiałyśmy się, co płakałyśmy.
Prosty harmonogram dnia: pobudka, wyjście, różaniec, kawa, droga, dojście na nocleg, prysznic, pranie, Msza Święta, kolacja, pozwalały docenić każdy moment, poczuć temperaturę, promienie słońca, krople deszczu, wspaniałe zapachy jaśminu i nieco mniej przyjemne zapachy kwitnących drzew kasztana jadalnego, piękne widoki, piasek pod stopami, smak chrupiących kalmarów, pikantnego chorizo i dobrego wina, nie mówiąc już o fenomenalnym serniku w Santiago de Compostela.
Niosłyśmy na plecach swoje małe bagaże i uczyłyśmy się, jak niewiele potrzeba do szczęścia. Czasem szliśmy w grupie, czasem w parze, czasem samodzielnie. W ogromnej wolności. Czułam się wolna i jednocześnie zaopiekowana.
Mati dbał, żebyśmy mieli gdzie spać, co jeść, żebyśmy się nie zgubiły, znikąd pojawiał się akurat wtedy, kiedy był potrzebny (czyżby opanowywał dar bilokacji?).
Brat Kamil dbał o najważniejszy pokarm dnia – Eucharystię. Na pielgrzymkowym szlaku, na którym kościoły są zamknięte, codzienna Msza ze wspaniałymi, dotykającymi nas osobiście kazaniami to więcej niż luksus. To prawdziwy dar.
Marysia słuchała naszych historii z wyjątkową wprost empatią, w jakiś ponadnaturalny sposób, bez umawiania się, stania w kolejce, znajdywała dla każdej z nas tyle czasu, ile było potrzeba, w poczuciu, że jest to najnaturalniejsza rozmowa na świecie. Czułam się po niej utulona.
Oczywiście nie byłoby tego Camino bez jednej z nas – Agaty, która miała odwagę na grupie Amazonek na FB ogłosić tę inicjatywę i zarazić grupę dziewczyn do tego, na pierwszy rzut oka, szalonego pomysłu.
Nie mam słów, którymi byłabym w stanie podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do naszego OnkoCamino, i dziewczynom, które były jego częścią. Niech Pan im błogosławi każdego dnia! Chwała Panu!
[Kasia]
Wracając z Camino, mijały 3 miesiące od ostatniej frakcji radioterapii, a wylatując do Portugalii – rok od diagnozy i rozpoczęcia leczenia, długiego, trudnego.
Wtedy nie śmiałam pomyśleć, że będę mogła z Wami pójść. Okazało się, że moje leczenie, operacje przebiegły bez większych skutków ubocznych, a Pan Bóg dał mi większą moc, nadzieję, siłę, spokój, radość i akceptację tego, z czym przyszło się mierzyć.
Wspólna długa wyprawa z „moimi kobietami” to było to, czego bardzo potrzebowałam. Zawsze doceniałam rozmowy z innymi pacjentami na korytarzu oddziału onkologicznego, ale to przebywanie razem było czymś pięknym. Rozumiałyśmy się bez słów, a nasze historie, wspólny czas tylko pokazały, jak bardzo się potrzebowałyśmy.
Camino to wędrówka z sobą i z drugim człowiekiem. To był moment refleksji, podsumowań, otwarcia się na nowe i poznania ludzi, którzy w moim sercu już zostaną.
Wróciłam z czymś, czego nie potrafię określić zdaniem. To był dla mnie wyjątkowy czas. Pojechałam w intencji dziękczynnej, wróciłam z nieocenionym doświadczeniem i planowaniem kolejnej wyprawy.
Choroba, proces leczenia, zdrowienia nas nie definiuje. Dzięki Wam przypomniałam sobie, że mam więcej, niż mi się wydawało.
Mati – Ty wiesz, Marysia – nie zapomnę, Agata – dzięki Tobie tam byłam, Kamil – kazanie o winnicy nadal ze mną jest, dziewczyny – jesteście najpiękniejszymi kobietami, jakie było mi dane poznać, i każda z Was ma w moim sercu osobne, bardzo ważne miejsce.
[Joanna]
Hej! Spróbuję się podzielić swoimi wrażeniami 🙃, ale słowa nigdy nie oddają tego, co się czuje…
Po swoich onko-przejściach wiele zmieniło się w moim podejściu do życia, priorytety się poustawiały. To był proces, który doprowadził mnie do miejsca, w którym teraz jestem.
Jestem wdzięczna za wszystko, kocham życie i cenię każdą chwilę. Ja się zmieniłam, ale ludzie wokół mnie niekoniecznie. Dobrze, że nie mają takich doświadczeń, o których ciężko jest opowiedzieć tak, by być zrozumianym…
Onkocamino było wspaniałym przeżyciem, bo tam poznałam kobiety, którym nic nie trzeba tłumaczyć, bo każda przeszła ten proces. Połączone tą odgórną więzią mogłyśmy rozmawiać o kwiatkach, widokach, o wszystkim i czuć swoją siłę.
Camino było ładowaniem baterii na dalszą drogę. Dzięki obecności Marysi i Kamila miałyśmy wsparcie na każdej płaszczyźnie, a Agata i Mateusz dawali poczucie bezpieczeństwa, o nic nie musiałyśmy się martwić.
Zbudowaliśmy wspaniałe relacje i podwaliny pod kolejne wyprawy. Radość się ze mnie wylewa! No i apetyt rośnie w miarę jedzenia. Macie podobnie?
[Małgorzata]
Notatka faktograficzna: Nasze pierwsze OncoCamino odbyło się w terminie od 29.05. do 7.06., szlak przemierzaliśmy w grupie 10 osób: 7 wojowniczek, psycholog, dominikanina i przewodnika.
Za rok wracamy z szerszym projektem, szczegóły już wkrótce. Jeśli jesteś zainteresowany wzięciem udziału, to zaobserwuj profil Fundacji SZCZECIŃSKA oraz pamiętaj o naszej stronie.
A przed nami jeszcze w tym roku, we wrześniu wyzwanie dwóch Camino dla osób niewidomych i słabowidzących, na które właśnie zaczynamy zapisy.
Nasze działania są niekomercyjne i opierają się na pracy wolontariuszy. Jeśli chcesz nam postawić kawę, to możesz wesprzeć nas za pośrednictwem naszej strony.
Tak jak wiele jest dróg prowadzących do Santiago, tak i my wytyczamy ścieżki dostosowane do wyjątkowych potrzeb. Z wielką radością ogłaszamy start nowego „szlaku” w ramach projektu Pokaż mi Camino.
Choroba nowotworowa potrafi odebrać poczucie wpływu na własne życie, plany, relacje, marzenia. My postanowiliśmy je odzyskać – krok po kroku.
30.05. grupa pacjentów onkologicznych (zarówno w trakcie leczenia, jak i w okresie remisji) wyruszyła z Ramallosy na legendarny szlak Camino de Santiago. Przed nami ponad 100 kilometrów, które pokonamy całkowicie o własnych siłach, idąc malowniczym hiszpańskim szlakiem Camino Portugués.
Dla każdego z nas ta droga ma inne, osobiste znaczenie. Dla jednych to symboliczne zamknięcie za sobą etapu choroby, dla innych podziękowanie za powrót do zdrowia, a dla wszystkich – manifestacja życia i chęć przeżycia niezapomnianej przygody.
Dlaczego to robimy?
Będąc osobami w remisji, idziemy po siłę witalną bo camino, to czas głębokich rozmów z ludźmi, którzy doskonale rozumieją, czym jest troska o własne życie. To czas na śmiech, czystą radość, współodpowiedzialność za drugiego człowieka i budowanie unikalnych więzi.
Chcemy odważnie pokazać, że pacjent onkologiczny, wzmocniony empatycznym środowiskiem osób pomagających wyjść z izolacji i dających przestrzeń do rozmowy bez oceniania, to wciąż człowiek pełen pasji, zdolny do podejmowania wielkich i ciekawych wyzwań. Idąc razem będziemy się pozytywnie motywować, wspierać by odnajdywać na szlaku wszystko to, co daje powody do radości życia.
Wspólnymi siłami chcemy wyruszyć po konkretne zmiany w naszym życiu, by po powrocie ze szlaku móc na nowo rozwinąć skrzydła w środowiskach, w których żyjemy. Dodatkowym atutem podczas pokonywania kolejnych kilometrów będzie doświadczenie, jak ważnym w procesie rekonwalescencji i powrotu do zdrowia jest umiarkowany, dostosowany do możliwości każdego człowieka wysiłek fizyczny na świeżym powietrzu.
Śledź naszą drogę!
Chcesz być częścią tej niezwykłej przygody? Zapraszamy do kibicowania! Na naszej stronie internetowej oraz w mediach społecznościowych będziemy publikować relacje, zdjęcia i przemyślenia prosto ze szlaku.
Trzymajcie za nas kciuki – każdy Wasz ciepły komentarz i myśl będą dla nas dodatkowym paliwem na trasie do Santiago!
Tak jak camino osób niewidomych i ta wyprawa jest w pełni niekomercyjna, i opiera się na pracy wolontariuszy. Nasze działania realizujemy pod patronatem Konferencja Episkopatu Polski, Miesięcznik „W drodze”, Xunta de Galicia, oraz ludzi dobrej woli. Jeśli chcesz nas wesprzeć i postawić nam przysłowiową kawę, a może chciałbyś wziąć udział w kolejnych edycjach Pokaż mi Camino, to zapraszamy na naszą stronę wsparcia – LINK.
Wkrótce będzie tu pojawiać się coraz więcej informacji z naszej trasy.
Tekst autorstwa: [Agata Pamuła, Mateusz Czerwiński]
Wiele jest szlaków i jeszcze więcej dróg. Wiele z tych tras oferuje zapierające dech w piersi widoki, odurzające zapachy, albo rollercoaster adrenaliny. Wiele z nich poznamy wyłącznie na rolkach w Internecie, ulegniemy chwilowemu zachwytowi i to wszystko. Nie ruszymy. Nie będziemy ich zdobywać, bo ich siła przyciągania kończy się na chwilowym uniesieniu. Są mniej lub bardziej sławne, mniej lub bardziej odkryte i żaden z nich nie ma takich właściwości jak Camino.
Camino, które też nie jest jedną ścieżką z punktu A do punktu Z. Jest ono bardziej jak układ krwionośny oplatający Europę od kilkunastu wieków i napędzający jej mieszkańców do ruchu, do podjęcia wyzwania. Rozrasta się, ba! Nawet wdziera się do Azji i Afryki, wytycza nowe, często indywidualne i niepowtarzalne warianty utworzone przez samotnego pielgrzyma wychodzącego z progu własnego domu. Meandrując między zakamarkami Europy zbiegają się te nitki ku jednemu miejscu na uboczy, na dalekim zachodzie kontynentu, w zapomnianej hiszpańskiej Galicji.
Wcale się nie zdziwię jeśli jedna z jego odnóg tętni zaraz obok Twojego domu, gdzieś w Polsce, w wielkim Krakowie lub w maleńkim Białym Borze. Może mijasz codziennie niepozorną żółtą muszlę lub samotną strzałkę i zadajesz sobie pytanie – co to? na co to komu? – nie zdziw się jeśli niedługo pójdziesz za nią i rozpoczniesz swoją przygodę.
Bo nie jest prawdą, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, one wiodą do Santiago de Compostela.
Miasta wyjątkowego, bo samo w sobie oferującego niewiele, albo prawie nic. Więc może właśnie dlatego tak ważne jest aby tu przyjść i usiąść po całej drodze na Placu do Obradoiro (przed Katedrą) i poczuć, że nic może być wszystkim. Siedzieć tak godzinę, dwie i delektować się szczęściem.
W zeszłym roku ruszając po raz kolejny na camino i odwiedzając Santiago de Compostela zobaczyłem grupę osób niewidomych, która przywędrowała pod katedrę razem z kilkoma wolontariuszami. Przyszli, nie przyjechali, przyszli! Widziałem na szlakach wiele “szalonych” postaci, które obalały wszelkie stereotypy i wzbudzały mój podziw, ale dopiero ten obrazek zakorzenił się na tyle głęboko w pamięci aby zaowocować powstaniem projektu Pokaż mi Camino.
Przygotowania ruszyły całkiem szybko. Jedna rozmowa, potem druga. Traf chciał, że kiedyś poznałem Konrada, osobę słabowidzącą. Zaczęliśmy snuć wizję opartą na marzeniach i idei. W 2025 roku przypadł mi w udziale zaszczyt otwarcia polskiego oddziału Biura pielgrzyma w Santiago de Compostela, które organizowane jest przez Fundację Szczecińską. Konrada marzenie i moja idea znalazły chwilę później opiekę pod skrzydłami tej właśnie Fundacji. I tak oto spotkały się wiedza Konrada, moja fantazja i opieka Fundacji, które stały się fundamentem naszego przedsięwzięcia.
Piszę te słowa już po odbyciu pierwszej pionierskiej wyprawy, pierwszego polskiego camino osób niewidomych i słabowidzących. Grupa dwunastu osób, niczym dwunastu apostołów ruszyła na szlak przełamując stereotypy, przekraczając granice własnego ciała, poznając siebie nawzajem.
…13. kwietnia byliśmy w samolocie do A Coruni, skąd jest rzut beretem do miasteczka Ferrol. Niepozorna, portowa mieścina, która jednak w historii Hiszpanii odgrywa poważną rolę. Oprócz tego, że jest jednym z trzech głównych hiszpańskich portów wojennych, to jest też miastem w którym rozpoczyna się szlak Camino Inlges, który został wybrany na pierwszy ogień dla naszej grupy.
…i mógłbym pisać o tym wiele, ale głos oddajmy uczestnikom – tym – dla których ten projekt został utworzony [Mateusz].
Mój plecak jeszcze nigdy nie był tak pusty i tak pełny zarazem.
Szlakiem św. Jakuba zainteresowałem się około 2 lata temu. Po przeczytaniu książki „Człowiek, który bał się żyć” – Miguela Ángela Montero. To był dla mnie trudny czas, bo mój wzrok drastycznie się pogorszył. Świat, który znałem do tej pory zmienił się być może już na zawsze. Choć byłem świadomy, że takie coś może nastąpić to dopiero wejście w ten stan uświadomiło mi, z czym mam do czynienia. To było denerwujące, frustrujące i trudne. Czasami budziło strach. Wtedy powiedziałem sobie, że nigdy się nie poddam, będę żył normalnie tak bardzo normalnie jak bardzo będę potrafił. Nie czytam zbyt dużo, ale w ferworze walki z samym sobą sięgnąłem po powyższy tytuł. Po przeczytaniu tej lektury tak jak wielu innych czytelników z całego Świata pomyślałem, ze to byłoby „coś” – pójść do Santiago de Compostela.
Zacząłem interesować się tematem. Czytać fora, relacje pielgrzymów zamieszczone w Internecie. Nawet wysyłam kilka prywatnych wiadomości do obcych ludzi, czy byliby chętni ze mną pójść. Myślę, że sporo się dowiedziałem o tym jak ludzie to robią, było jednak jedno ale… jak pójść gdy się nie widzi wszystkiego.
Wtedy trafiłem na Konrada – który zamieścił post na Facebooku o tym, że wraz z Mateuszem chcą stworzyć projekt – pielgrzymkę do Santiago – dla ludzi z dysfunkcją wzroku. Nie czekałem – byłem gotowy!
Dlaczego tam poszedłem?
Z jednej strony z pewnością była to chęć zostania bohaterem własnej historii. Z drugiej strony – pielgrzymka. Spakowanie swoich intencji, myśli i spraw osobistych do plecaka i zostawienie ich tam, daleko od domu, daleko od codzienności.
Pielgrzymka i droga.
Dzień 1, (14.04.2026)
Pierwszy dzień w Ferrol był dobrym spokojnym dniem. Poznanie miasta, kultury Galicji i krajobrazów było dobrym wstępem przed całą wędrówką. Wejście w rytm Hiszpańskiego dnia przydało się bardzo. Zwiedzanie tego niegdyś kluczowego portowego miasta dawało dużo przyjemności. To tu przypływali pierwsi pielgrzymi z Wielkiej Brytanii i to tu rozpoczyna się moja i nasza droga do grobu św. Jakuba – Szlak Camino Ingles (Szlak Angielski).
Dzień 2 – pierwszy dzień pielgrzymowania
I nadszedł ten dzień. Ruszyłem i ruszyliśmy. Wspólnie i każdy z osobna. Ubrałem swój plecak, każdy niósł swój. Pełny entuzjazmu i pełni nadziei i zaangażowania. Pokonałem i pokonaliśmy około 23 km do Pontedeume.
Czy strach ma wielkie oczy? Tak. Z każdym krokiem i przebytym kilometrem miałem coraz więcej pewności siebie. Wejście w rytm i poznawanie drogi było bardzo inspirujące.
Dzień 3 – drugi dzień pielgrzymowania
To drugi dzień mojej i naszej wędrówki. Droga nie była łatwa. Duża ilość wzniesień i dość mocnych podejść dawał się we znaki. Trasa sama w sobie była piękna, bo wiodła przez lasy, tereny przypominające nasze niskie góry. Nie mniej w większości asfaltowa lub szutrowa.
Jak wiele może nas ominąć, gdy brakuje sił. Być sprawnym to ważna rzecz. Dziś przydało się moje sportowe zdrowie. Dziękuję, że je mam.
Dzień 4. – trzeci dzień pielgrzymowania
Z Betanzos ruszyłem i ruszyliśmy dalej. Dziś trasa była zdecydowanie łagodniejsza. Nieco dłuższa niż wszystkie etapy naszej drogi (około 25km). Pogoda zaczynała nam mocno dopisywać. Rześkie poranki i piękne pełne słońce na trasie pozwalało cieszyć się urokami galicyjskiej przyrody.
W tym dniu byliśmy już mocno zgraną grupą. Ciągle idziemy razem, lecz każdy z osobna. Idę sam, ktoś jest obok. Dziękuję.
Od dziś zrozumiałem w życiu potrzebujemy przewodników, a nie opiekunów. Ludzi, którzy wskazują nam drogę a nie niosą nas na rękach. Musimy iść sami, mając kogoś obok siebie.
Dzień 5 – czwarty dzień pielgrzymowania
Dla mnie to był najbardziej osobisty dzień. Szlak w dużej mierze był bardzo dobry szeroki. Dużo odcinków asfaltowych i leśnych dróg. Miałem dużo czasu dla siebie. Pogoda była jeszcze lepsza niż dnia poprzedniego.
To był 4 z 5 dni mojej i naszej pielgrzymiej wędrówki. Miałem w głowie wiele myśli. Myślałem o tym co będzie jutro. O tym, że znów „odhaczę” coś w życiu. Z jednej strony byłem szczęśliwy, że wszystko jest dobrze, że cel jest blisko, a z drugiej nie chciałem, aby jutro było „odhaczone”., jak coś na codziennej liście zadań.
Z takim nastawieniem poszedłem na wieczorną Mszę Świętą. I wtedy właśnie, na modlitwie, zrozumiałem, że pustka jest uczuciem spełnienia. Pustka to nowa przestrzeń – czysta, spokojna i pełna dobrego ducha. Miejscem, które trzeba na nowo wypełnić. Miejscem, w którym mogę budować, wypełniać swoim życiem.
Myślę, że to uczucie pustki wypełniło mnie właśnie w tym dniu. Nie na końcu drogi, a dzień przed po to bym mógł wejść do Santiago spokojny.
Dzień 6 – piąty dzień pielgrzymki – wejście do Santiago de Compostela.
W niedzielę około 14 dotarliśmy na plac Obradoiro w Santiago de Compostela.
Samo miasto jest piękne. Kamienne uliczki i budynki, z wielką katedrą św. Jakuba przewyższającą wszystkie inne budowle w okolicy.
Byłem i byliśmy szczęśliwi, że tu jesteśmy. Chwila zadumy przy grobie świętego Jakuba to prawdziwa lekcja życia. Niesamowite.
Dziś nie czułem pustki. Czułem szczęście, odwagę i motywację. Pakuję to wszystko do plecaka i niedługo wracam do domu.
Dzień 7 – odpoczynek
Ostatniego dnia – siódmego dnia naszej pielgrzymki – odpoczywaliśmy tak jak nasz Pan, po stworzeniu świata. Śniadanie i przedpołudniowa kawa w cieniu katedry, a po południu modlitwa, zwiedzanie i jak zawsze wieczorem pyszna kolacja.
Czy stworzyliśmy coś pięknego i wyjątkowego?
Tak. Bez wątpienia, zrobiliśmy coś czego nie zrobił jeszcze nikt w Polsce, a pewnie i nieliczni na Świecie. Organizatorzy i przewodnicy dali nam wszystko czego potrzebowaliśmy, a ja i moi przyjaciele przeszliśmy drogę, do punktu w którym zaczniemy nowe.
Wstań idź!
Robert
Jeżeli chcesz wyruszyć w drogę, ale trochę się boisz? Potrzebujesz delikatnego wsparcia? Daj znać, że chcesz wstać, wziąć swoje łoże i iść!Kolejne grupy są w przygotowaniu, a rok 2027 przed nami!