„Nie do nas należy wybór czasu, w którym żyjemy.
(Gandalf, Władca Pierścieni)
Możemy tylko zdecydować, co zrobić z czasem, który nam dano.”
Wyruszyliśmy w kolejną trasę, z kolejną misją pokazania camino tym, którzy marzą, potrzebują, chcą, ale troszkę się obawiają |niepotrzebne skreślić|. Wyruszyliśmy, choć sama wyprawa miesiąc przed terminem zawisła na organizacyjnym włosku. Jednak dzięki niezłomności dziewczyn termin został utrzymany, a projekt dopięty na ostatni guzik. To jest piękno i esencja camino, które sam jako koordynator projektu poczułem na własnej skórze. Dla mnie osobiście był to najważniejszy dzień OncoCamion. I nie ma co się dziwić, bo przypadł mi zaszczyt poprowadzenia do Santiago grupy wojowniczek. Wojowniczek, które choć nie noszą tarcz, ani nie mają mieczy przytroczonych u pasa, to odbyły niejedną bitwę z przeciwnikiem ukrytym i podstępnym – z nowotworem.
Tak więc tym razem kroczyliśmy szlakiem portugalskim, wychodząc z Sabarís, tuż za Baioną, skąd powędrowaliśmy na północ ku Santiago. Po drodze mijając piękne Vigo i legendarne Padron, do którego miała przybić barka z ciałem św. Jakuba. Wędrowaliśmy szlakiem skąpanym w słońcu, niekiedy zacienionym puchatymi pasmami chmur. I tak wędrowaliśmy prawie 130 km przez plaże, miasta i leśne wertepy. Droga choć może nie była wymagająca fizycznie, to na pewno była przepojona trudem wyzwania, bo nawet najwytrwalsi wojownicy potrzebują chwili aby móc powiedzieć sobie “dziś odpuszczam, dziś nie muszę walczyć”. Ale tak jak w przypadku camino z niewidomymi, to popatrzmy na szlak oczami naszych pielgrzymów. [Mateusz]

Czy osoby w trakcie leczenia lub po leczeniu onkologicznym mogą żyć pełnią życia?
Diagnoza raka brzmi jak wyrok śmierci. Rak ma zdecydowanie zły PR. Okazuje się, że po leczeniu, a nawet w trakcie, można żyć lepiej, oddychać pełną piersią, doświadczać miłości Boga w każdej chwili.
Szczególnie tak się czułam w trakcie Pokaż mi Camino z grupą dziewczyn onkologicznych. Pochodzimy z różnych stron Polski, większość z nas się nie znała wcześniej, a mimo to, może dzięki doświadczeniu choroby, czułyśmy się jak w gronie najlepszych przyjaciół. Nasze przejścia nie zdominowały tego czasu, choć na pewno były punktem wyjścia do wielu głębokich rozmów, podczas których tak dużo śmiałyśmy się, co płakałyśmy.
Prosty harmonogram dnia: pobudka, wyjście, różaniec, kawa, droga, dojście na nocleg, prysznic, pranie, Msza Święta, kolacja, pozwalały docenić każdy moment, poczuć temperaturę, promienie słońca, krople deszczu, wspaniałe zapachy jaśminu i nieco mniej przyjemne zapachy kwitnących drzew kasztana jadalnego, piękne widoki, piasek pod stopami, smak chrupiących kalmarów, pikantnego chorizo i dobrego wina, nie mówiąc już o fenomenalnym serniku w Santiago de Compostela.
Niosłyśmy na plecach swoje małe bagaże i uczyłyśmy się, jak niewiele potrzeba do szczęścia. Czasem szliśmy w grupie, czasem w parze, czasem samodzielnie. W ogromnej wolności. Czułam się wolna i jednocześnie zaopiekowana.
Mati dbał, żebyśmy mieli gdzie spać, co jeść, żebyśmy się nie zgubiły, znikąd pojawiał się akurat wtedy, kiedy był potrzebny (czyżby opanowywał dar bilokacji?).
Brat Kamil dbał o najważniejszy pokarm dnia – Eucharystię. Na pielgrzymkowym szlaku, na którym kościoły są zamknięte, codzienna Msza ze wspaniałymi, dotykającymi nas osobiście kazaniami to więcej niż luksus. To prawdziwy dar.
Marysia słuchała naszych historii z wyjątkową wprost empatią, w jakiś ponadnaturalny sposób, bez umawiania się, stania w kolejce, znajdywała dla każdej z nas tyle czasu, ile było potrzeba, w poczuciu, że jest to najnaturalniejsza rozmowa na świecie. Czułam się po niej utulona.
Oczywiście nie byłoby tego Camino bez jednej z nas – Agaty, która miała odwagę na grupie Amazonek na FB ogłosić tę inicjatywę i zarazić grupę dziewczyn do tego, na pierwszy rzut oka, szalonego pomysłu.
Nie mam słów, którymi byłabym w stanie podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do naszego OnkoCamino, i dziewczynom, które były jego częścią. Niech Pan im błogosławi każdego dnia! Chwała Panu!
[Kasia]





Wracając z Camino, mijały 3 miesiące od ostatniej frakcji radioterapii, a wylatując do Portugalii – rok od diagnozy i rozpoczęcia leczenia, długiego, trudnego.
Wtedy nie śmiałam pomyśleć, że będę mogła z Wami pójść. Okazało się, że moje leczenie, operacje przebiegły bez większych skutków ubocznych, a Pan Bóg dał mi większą moc, nadzieję, siłę, spokój, radość i akceptację tego, z czym przyszło się mierzyć.
Wspólna długa wyprawa z „moimi kobietami” to było to, czego bardzo potrzebowałam. Zawsze doceniałam rozmowy z innymi pacjentami na korytarzu oddziału onkologicznego, ale to przebywanie razem było czymś pięknym. Rozumiałyśmy się bez słów, a nasze historie, wspólny czas tylko pokazały, jak bardzo się potrzebowałyśmy.
Camino to wędrówka z sobą i z drugim człowiekiem. To był moment refleksji, podsumowań, otwarcia się na nowe i poznania ludzi, którzy w moim sercu już zostaną.
Wróciłam z czymś, czego nie potrafię określić zdaniem. To był dla mnie wyjątkowy czas. Pojechałam w intencji dziękczynnej, wróciłam z nieocenionym doświadczeniem i planowaniem kolejnej wyprawy.
Choroba, proces leczenia, zdrowienia nas nie definiuje. Dzięki Wam przypomniałam sobie, że mam więcej, niż mi się wydawało.
Mati – Ty wiesz, Marysia – nie zapomnę, Agata – dzięki Tobie tam byłam, Kamil – kazanie o winnicy nadal ze mną jest, dziewczyny – jesteście najpiękniejszymi kobietami, jakie było mi dane poznać, i każda z Was ma w moim sercu osobne, bardzo ważne miejsce.
[Joanna]





Hej! Spróbuję się podzielić swoimi wrażeniami 🙃, ale słowa nigdy nie oddają tego, co się czuje…
Po swoich onko-przejściach wiele zmieniło się w moim podejściu do życia, priorytety się poustawiały. To był proces, który doprowadził mnie do miejsca, w którym teraz jestem.
Jestem wdzięczna za wszystko, kocham życie i cenię każdą chwilę. Ja się zmieniłam, ale ludzie wokół mnie niekoniecznie. Dobrze, że nie mają takich doświadczeń, o których ciężko jest opowiedzieć tak, by być zrozumianym…
Onkocamino było wspaniałym przeżyciem, bo tam poznałam kobiety, którym nic nie trzeba tłumaczyć, bo każda przeszła ten proces. Połączone tą odgórną więzią mogłyśmy rozmawiać o kwiatkach, widokach, o wszystkim i czuć swoją siłę.
Camino było ładowaniem baterii na dalszą drogę. Dzięki obecności Marysi i Kamila miałyśmy wsparcie na każdej płaszczyźnie, a Agata i Mateusz dawali poczucie bezpieczeństwa, o nic nie musiałyśmy się martwić.
Zbudowaliśmy wspaniałe relacje i podwaliny pod kolejne wyprawy. Radość się ze mnie wylewa! No i apetyt rośnie w miarę jedzenia. Macie podobnie?
[Małgorzata]











Notatka faktograficzna:
Nasze pierwsze OncoCamino odbyło się w terminie od 29.05. do 7.06., szlak przemierzaliśmy w grupie 10 osób: 7 wojowniczek, psycholog, dominikanina i przewodnika.
Za rok wracamy z szerszym projektem, szczegóły już wkrótce. Jeśli jesteś zainteresowany wzięciem udziału, to zaobserwuj profil Fundacji SZCZECIŃSKA oraz pamiętaj o naszej stronie.
A przed nami jeszcze w tym roku, we wrześniu wyzwanie dwóch Camino dla osób niewidomych i słabowidzących, na które właśnie zaczynamy zapisy.
Nasze działania są niekomercyjne i opierają się na pracy wolontariuszy. Jeśli chcesz nam postawić kawę, to możesz wesprzeć nas za pośrednictwem naszej strony.
