Zrobiliśmy to! Pierwsze polskie camino osób niewidomych i słabowidzących dotarło do Santiago de Compostela.

Wiele jest szlaków i jeszcze więcej dróg. Wiele z tych tras oferuje zapierające dech w piersi widoki, odurzające zapachy, albo rollercoaster adrenaliny. Wiele z nich poznamy wyłącznie na rolkach w Internecie, ulegniemy chwilowemu zachwytowi i to wszystko. Nie ruszymy. Nie będziemy ich zdobywać, bo ich siła przyciągania kończy się na chwilowym uniesieniu. Są mniej lub bardziej sławne, mniej lub bardziej odkryte i żaden z nich nie ma takich właściwości jak Camino.

Camino, które też nie jest jedną ścieżką z punktu A do punktu Z. Jest ono bardziej jak układ krwionośny oplatający Europę od kilkunastu wieków i napędzający jej mieszkańców do ruchu, do podjęcia wyzwania. Rozrasta się, ba! Nawet wdziera się do Azji i Afryki, wytycza nowe, często indywidualne i niepowtarzalne warianty utworzone przez samotnego pielgrzyma wychodzącego z progu własnego domu. Meandrując między zakamarkami Europy zbiegają się te nitki ku jednemu miejscu na uboczy, na dalekim zachodzie kontynentu, w zapomnianej hiszpańskiej Galicji.

Wcale się nie zdziwię jeśli jedna z jego odnóg tętni zaraz obok Twojego domu, gdzieś w Polsce, w wielkim Krakowie lub w maleńkim Białym Borze. Może mijasz codziennie niepozorną żółtą muszlę lub samotną strzałkę i zadajesz sobie pytanie – co to? na co to komu? – nie zdziw się jeśli niedługo pójdziesz za nią i rozpoczniesz swoją przygodę.

Bo nie jest prawdą, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, one wiodą do Santiago de Compostela.

Miasta wyjątkowego, bo samo w sobie oferującego niewiele, albo prawie nic. Więc może właśnie dlatego tak ważne jest aby tu przyjść i usiąść po całej drodze na Placu do Obradoiro (przed Katedrą) i poczuć, że nic może być wszystkim. Siedzieć tak godzinę, dwie i delektować się szczęściem.

W zeszłym roku ruszając po raz kolejny na camino i odwiedzając Santiago de Compostela zobaczyłem grupę osób niewidomych, która przywędrowała pod katedrę razem z kilkoma wolontariuszami. Przyszli, nie przyjechali, przyszli! Widziałem na szlakach wiele “szalonych” postaci, które obalały wszelkie stereotypy i wzbudzały mój podziw, ale dopiero ten obrazek zakorzenił się na tyle głęboko w pamięci aby zaowocować powstaniem projektu Pokaż mi Camino.

Przygotowania ruszyły całkiem szybko. Jedna rozmowa, potem druga. Traf chciał, że kiedyś poznałem Konrada, osobę słabowidzącą. Zaczęliśmy snuć wizję opartą na marzeniach i idei. W 2025 roku przypadł mi w udziale zaszczyt otwarcia polskiego oddziału Biura pielgrzyma w Santiago de Compostela, które organizowane jest przez Fundację Szczecińską. Konrada marzenie i moja idea znalazły chwilę później opiekę pod skrzydłami tej właśnie Fundacji. I tak oto spotkały się wiedza Konrada, moja fantazja i opieka Fundacji, które stały się fundamentem naszego przedsięwzięcia.

Piszę te słowa już po odbyciu pierwszej pionierskiej wyprawy, pierwszego polskiego camino osób niewidomych i słabowidzących. Grupa dwunastu osób, niczym dwunastu apostołów ruszyła na szlak przełamując stereotypy, przekraczając granice własnego ciała, poznając siebie nawzajem.

…13. kwietnia byliśmy w samolocie do A Coruni, skąd jest rzut beretem do miasteczka Ferrol. Niepozorna, portowa mieścina, która jednak w historii Hiszpanii odgrywa poważną rolę. Oprócz tego, że jest jednym z trzech głównych hiszpańskich portów wojennych, to jest też miastem w którym rozpoczyna się szlak Camino Inlges, który został wybrany na pierwszy ogień dla naszej grupy.

…i mógłbym pisać o tym wiele, ale głos oddajmy uczestnikom – tym – dla których ten projekt został utworzony [Mateusz].


Mój plecak jeszcze nigdy nie był tak pusty i tak pełny zarazem.

Szlakiem św. Jakuba zainteresowałem się około 2 lata temu. Po przeczytaniu książki „Człowiek, który bał się żyć” – Miguela Ángela Montero. To był dla mnie trudny czas, bo mój wzrok drastycznie się pogorszył. Świat, który znałem do tej pory zmienił się być może już na zawsze. Choć byłem świadomy, że takie coś może nastąpić to dopiero wejście w ten stan uświadomiło mi, z czym mam do czynienia. To było denerwujące, frustrujące i trudne. Czasami budziło strach. Wtedy powiedziałem sobie, że nigdy się nie poddam, będę żył normalnie tak bardzo normalnie jak bardzo będę potrafił. Nie czytam zbyt dużo, ale w ferworze walki z samym sobą sięgnąłem po powyższy tytuł. Po przeczytaniu tej lektury tak jak wielu innych czytelników z całego Świata pomyślałem, ze to byłoby „coś” – pójść do Santiago de Compostela.

Zacząłem interesować się tematem. Czytać fora, relacje pielgrzymów zamieszczone w Internecie. Nawet wysyłam kilka prywatnych wiadomości do obcych ludzi, czy byliby chętni ze mną pójść. Myślę, że sporo się dowiedziałem o tym jak ludzie to robią, było jednak jedno ale… jak pójść gdy się nie widzi wszystkiego.

Wtedy trafiłem na Konrada – który zamieścił post na Facebooku o tym, że wraz z Mateuszem chcą stworzyć projekt – pielgrzymkę do Santiago – dla ludzi z dysfunkcją wzroku. Nie czekałem – byłem gotowy!

Słupek kilometrowy, po hiszpańsku: mojon [czyta się mohon]. Granitowy słupek wysokości 100 - 120 cm.
Na jego szczycie znajduje się schematyczna muszla zbudowana z pasków zbiegających i łączących się w jednym punkcie. Muszla jest w kolorze żółtym i wpisana jest w granatowy kwadrat.

poniżej wyryta strzałka z grotem ustawionym w lewo i wskazującym kierunek marszu. Strzałka pomalowana jest na również żółto.

Na szczycie słupka leżą malowane kamyczki i inne drobne pamiątki zostawione przez pielgrzymów.

Dlaczego tam poszedłem?

Z jednej strony z pewnością była to chęć zostania bohaterem własnej historii. Z drugiej strony – pielgrzymka. Spakowanie swoich intencji, myśli i spraw osobistych do plecaka i zostawienie ich tam, daleko od domu, daleko od codzienności.

Pielgrzymka i droga.

Dzień 1, (14.04.2026)

Pierwszy dzień w Ferrol był dobrym spokojnym dniem. Poznanie miasta, kultury Galicji i krajobrazów było dobrym wstępem przed całą wędrówką. Wejście w rytm Hiszpańskiego dnia przydało się bardzo. Zwiedzanie tego niegdyś kluczowego portowego miasta dawało dużo przyjemności. To tu przypływali pierwsi pielgrzymi z Wielkiej Brytanii i to tu rozpoczyna się moja i nasza droga do grobu św. Jakuba – Szlak Camino Ingles (Szlak Angielski).

Dzień 2 – pierwszy dzień pielgrzymowania

I nadszedł ten dzień. Ruszyłem i ruszyliśmy. Wspólnie i każdy z osobna. Ubrałem swój plecak, każdy niósł swój. Pełny entuzjazmu i pełni nadziei i zaangażowania. Pokonałem i pokonaliśmy około 23 km do Pontedeume.

Czy strach ma wielkie oczy? Tak. Z każdym krokiem i przebytym kilometrem miałem coraz więcej pewności siebie. Wejście w rytm i poznawanie drogi było bardzo inspirujące.

Dzień 3 – drugi dzień pielgrzymowania

To drugi dzień mojej i naszej wędrówki. Droga nie była łatwa. Duża ilość wzniesień i dość mocnych podejść dawał się we znaki. Trasa sama w sobie była piękna, bo wiodła przez lasy, tereny przypominające nasze niskie góry. Nie mniej w większości asfaltowa lub szutrowa.

Jak wiele może nas ominąć, gdy brakuje sił. Być sprawnym to ważna rzecz. Dziś przydało się moje sportowe zdrowie. Dziękuję, że je mam.

Dzień 4. – trzeci dzień pielgrzymowania

Z Betanzos ruszyłem i ruszyliśmy dalej. Dziś trasa była zdecydowanie łagodniejsza. Nieco dłuższa niż wszystkie etapy naszej drogi (około 25km). Pogoda zaczynała nam mocno dopisywać. Rześkie poranki i piękne pełne słońce na trasie pozwalało cieszyć się urokami galicyjskiej przyrody.

W tym dniu byliśmy już mocno zgraną grupą. Ciągle idziemy razem, lecz każdy z osobna. Idę sam, ktoś jest obok. Dziękuję.

Od dziś zrozumiałem w życiu potrzebujemy przewodników, a nie opiekunów. Ludzi, którzy wskazują nam drogę a nie niosą nas na rękach. Musimy iść sami, mając kogoś obok siebie.

Dzień 5 – czwarty dzień pielgrzymowania

Dla mnie to był najbardziej osobisty dzień. Szlak w dużej mierze był bardzo dobry szeroki. Dużo odcinków asfaltowych i leśnych dróg. Miałem dużo czasu dla siebie. Pogoda była jeszcze lepsza niż dnia poprzedniego.

To był 4 z 5 dni mojej i naszej pielgrzymiej wędrówki. Miałem w głowie wiele myśli. Myślałem o tym co będzie jutro. O tym, że znów „odhaczę” coś w życiu. Z jednej strony byłem szczęśliwy, że wszystko jest dobrze, że cel jest blisko, a z drugiej nie chciałem, aby jutro było „odhaczone”., jak coś na codziennej liście zadań.

Z takim nastawieniem poszedłem na wieczorną Mszę Świętą. I wtedy właśnie, na modlitwie, zrozumiałem, że pustka jest uczuciem spełnienia. Pustka to nowa przestrzeń – czysta, spokojna i pełna dobrego ducha. Miejscem, które trzeba na nowo wypełnić. Miejscem, w którym mogę budować, wypełniać swoim życiem.

Myślę, że to uczucie pustki wypełniło mnie właśnie w tym dniu. Nie na końcu drogi, a dzień przed po to bym mógł wejść do Santiago spokojny.

Dzień 6 – piąty dzień pielgrzymki – wejście do Santiago de Compostela.

W niedzielę około 14 dotarliśmy na plac Obradoiro w Santiago de Compostela.

Samo miasto jest piękne. Kamienne uliczki i budynki, z wielką katedrą św. Jakuba przewyższającą wszystkie inne budowle w okolicy.

Byłem i byliśmy szczęśliwi, że tu jesteśmy. Chwila zadumy przy grobie świętego Jakuba to prawdziwa lekcja życia. Niesamowite.

Dziś nie czułem pustki. Czułem szczęście, odwagę i motywację. Pakuję to wszystko do plecaka i niedługo wracam do domu.

Dzień 7 – odpoczynek

Ostatniego dnia – siódmego dnia naszej pielgrzymki – odpoczywaliśmy tak jak nasz Pan, po stworzeniu świata. Śniadanie i przedpołudniowa kawa w cieniu katedry, a po południu modlitwa, zwiedzanie i jak zawsze wieczorem pyszna kolacja.

Czy stworzyliśmy coś pięknego i wyjątkowego?

Tak. Bez wątpienia, zrobiliśmy coś czego nie zrobił jeszcze nikt w Polsce, a pewnie i nieliczni na Świecie. Organizatorzy i przewodnicy dali nam wszystko czego potrzebowaliśmy, a ja i moi przyjaciele przeszliśmy drogę, do punktu w którym zaczniemy nowe.

Wstań idź!

Robert


Jeżeli chcesz wyruszyć w drogę, ale trochę się boisz? Potrzebujesz delikatnego wsparcia? Daj znać, że chcesz wstać, wziąć swoje łoże i iść! Kolejne grupy są w przygotowaniu, a rok 2027 przed nami!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *